Tomasz Achrem, "Metropolia"
Wygryzł nas azjatycki tygrys. Shenzen sprzątnął Poznaniowi organizację uniwersjady. Dynamiczna Azja po raz kolejny pokazała pazury i dalej szlifuje je na europejskim samozadowoleniu.
Pewien germanista od kilku ładnych lat sprzedaje w Wielkopolsce niemiecką stal. Rozpoczął jeszcze w czasach, kiedy za jedyną kwalifikację wystarczała znajomość obcego języka. Pierwsze lata były znojne i mozolne – powolne budowanie rynku, targety, reklamacje. Od kilku lat natomiast żyje ów germanista jak dyrektor peerelowskiego zjednoczenia. Nie sprzedaje już stali. On ją łaskawie rozdziela. Klienci wiszą u jego klamki i biorą, co akurat jest. Wystarczyło jedno wydarzenie: przyznanie Pekinowi organizacji olimpiady. Pekin wyssał ze światowego rynku całą stal. Dla wspomnianego handlowca była to biblijna manna z nieba, dla osób interesujących się gospodarką - dowód potęgi dalekowschodniego rynku. Politykom zapaliła się ostrzegawcza lampka. Przykład ten dowodzi wpływu wydarzeń na Dalekim Wschodzie na życie zwykłych poznaniaków, swoisty „efekt motyla”. Przyjrzyjmy się zatem w tym numerze bliżej temu dziwu, jakim jest Azja. Czy tak daleko tam, czy tak blisko?
W wypowiedziach tytanów poznańskiego samorządu, skupionych – za przeproszeniem – na poznańskim fyrtlu, pojawiła się obco brzmiąca nazwa – Shenzhen. Dotąd przedmiotem skupienia były zwykle psie kupy albo w najlepszym przypadku konkurs „Miss Dziura”. Cóż to więc takiego owo Shenzhen? Odmiana filozofii zen? Kolejny Bardzo-Zdrowy-I-Leczniczy-Korzeń? Miasto partnerskie Poznania? Rywal, który pokonał nas w licytacji danin dla FISU, potrzebnych, by dostać organizację Uniwersjady? Shenzhen (wym. szen-czen) to miasto, które w ciągu ostatnich kilkunastu lat rozwinęło się szybciej niż Poznań w ciągu ostatnich kilkuset. W czasie, gdy Hongkong stanowił jeszcze kolonię angielską, Shenzhen było niewielką osadą rybacką. W maju 1980 roku w Shenzhen utworzono pierwszą w Chinach specjalną strefę ekonomiczną i stworzyło najszybciej rozwijające się miasto świata. Źródła demograficzne ONZ szacują wielkość aglomeracji Shenzhen na 10,7 mln mieszkańców. Shenzhen jest Mekką inwestycji zagranicznych. W ciągu ostatnich dwóch dekad zainwestowano tu ponad 30 mld USD. Jeśli już poznaliśmy obcą nazwę, może warto wysilić się jeszcze trochę bardziej i przyjrzeć się naszym relacjom z Azją. Nie będziemy rozwodzić się nad całym kontynentem. Byłoby to równie głębokie, jak wycieczki typu „stolice Europy w 7 dni”. Zajmiemy się więc przede wszystkim Dalekim Wschodem – dumnymi azjatyckimi tygrysami. Czy nie są to jednak raczej, jak dowodzi w swoim tekście Marek Bańczyk, tygrysy Pawłowa? W innym artykule Marcin Piontek litościwie spuszcza zasłonę milczenia nad ciemnymi stronami policyjnej dyktatury i pokazuje, czego powinniśmy się nauczyć od Singapuru. Tomasz Wendland zaprosi zaś wszystkich poznaniaków do dialogu z azjatycką kulturą.
Nie kruszmy kopii o kopie
Wśród północnoamerykańskich Indian powszechny był strach przed robieniem zdjęć ich własnych fizys. Bali się, że fotograf ukradnie ich dusze. W ciągu ostatnich kilku dekad przez Europę przelały się tabuny turystów z Dalekiego Wschodu, fotografujących i filmujących dosłownie wszystko. Jak oni to potem oglądają w domu? Gdyby cywilizację w Europie zgładziła bezpowrotnie wielka fala tsunami, jestem pewien, że korzystając z tych prywatnych japońskich, chińskich czy koreańskich archiwów większą część naszego kontynentu udałoby się odtworzyć. Byłaby to tylko ta piękna część Europy, przez którą prowadzą turystyczne szlaki. Zapyziały Dębiec, górny taras Rataj, anarchizujący Kreuzberg, wielkie blokowiska wokół Paryża, będące współczesnymi wieżami Babel, odeszłyby w niechlubną przeszłość. Kochający porzundek za wszelką cenę mogliby temu rozwiązaniu przyklasnąć. Obudziliby się jednak prędzej czy później z ręką w nocniku. Dość spojrzeć na porzundek w życiu społecznym, politycznym, gospodarczym zadekretowany przez władze Singapuru. Zaowocował wielką skalą indoktrynacji, kontroli myśli, mowy, artystycznej ekspresji. Na listę towarów zakazanych trafiły nie tylko narkotyki, ale też guma do żucia czy nawet napoje gazowane popijane w środkach komunikacji miejskiej. Wprawdzie za te przewiny nie grozi – jak w przypadku narkotyków – kara śmierci, a tylko dotkliwa grzywna lub publiczna chłosta. Może to niemodne w świecie rządzonym przez polityczną poprawność, ale prócz metropolii typu Tokio i Hong-Kong, oglądanych w filmach Takeshi Kitano i Wong Kar-Waia, reszta azjatyckich tygrysów to wciąż raczej sprawni kopiści niż wybitni kreatorzy nowego. Światowe koncerny masowo produkują w Azji buty sportowe, zegarki czy odzież. Pozostawiają jednak centra dizajnu, badań i rozwoju, marketingu na Zachodzie. Centra te pracują jeszcze szybciej, lepiej i sprawniej. Modele, mody, trendy wymieniać wszak trzeba coraz częściej, by podróbki za tymi zmianami nie mogły nadążyć. Żeby kopiści nie nadążali kopiować. Czyż Indianie nie mieli racji, kiedy unikali zdjęć? Teraz zakazy fotografowania wiszą na wszystkich targach dizajnu i innych imprezach pokazujących nowe produkty.
Nie zazdrośćmy więc Azji produkcji masowych dóbr konsumpcyjnych. Zazdrośćmy Zachodowi centrów dizajnu, badań i rozwoju. Tam powstaje prawdziwa wartość, niepodatna na prymitywną konkurencję kosztową. Jeśli nie zainwestujemy w sektory kreatywne gospodarki, to sytuacja niedługo się odwróci. Wzbogaceni kopiści zaczną przenosić swe fabryki do nas. Nie zazdrośćmy tak mocno Słowakom, że to u nich, a nie w Polsce swoją fabrykę wybudowała Kia Motors, mimo respekt budzących planów zatrudnienia ponad 3000 ludzi i zainwestowania ponad 1 mld USD. Widok tej inwestycji jest dość przygnębiający - gigantyczna połać ziemi otoczona stalowym płotem, obce ciało wśród słowackich gór. Wzdłuż płotu widać dziesiątki billboardów, z których śmieją się do nas szczęśliwe koreańskie dzieci w identycznych mundurkach, prosto z krainy wiecznej szczęśliwości wyśnionej przez Romana Giertycha. Warto jednak dostrzec, że niespodziewanie na kontynencie dawnych kolonizatorów pojawiają się ze swymi handlowo-produkcyjnymi faktoriami dawni kolonizowani. Teraz oni zatrudniają tubylców do prostych prac, zostawiając nadzór i kontrolę samym sobie. Koreańska fabryka pod Poznaniem tylko wtedy będzie mieć sens, gdy powstaną w niej także działy dizajnu, badań i rozwoju, marketingu, sprzedaży, prawne i finansowe. Wysoką wartość daje proces twórczy, a nie kopiowanie kopii. Za znak nadchodzących czasów można uznać przyznanie tegorocznych Złotych Globów Martinowi Scorsese, uhonorowanemu w kategorii najlepszy reżyser za dramat „Infiltracja”. Film ten to nic innego jak przeróbka dzieła Wai Keung Lau „Infernal Affairs”. Lau dobrotliwie pochwalił Scorsese za amerykańską wersję filmu: - Moja wersja jest lepsza, ale hollywoodzka też jest całkiem udana. Nic dodać, nic ująć.
Płytki mnich, ale jakie metro!
Specyfika Azji zawsze prowokowała do uproszczeń: od zachwytów nad rzekomą głębią filozofii i duchowości Wschodu po pogardę dla rzekomej cywilizacyjnej nędzy. Teraz dochodzi modny zachwyt nad poziomem inwestycji. Wystrzegajmy się i jednego i drugiego i trzeciego. Wiemy, że w mnichu buddyjskim nie ma zasadniczo nic głębszego niż w katolickim kleryku, z drugiej strony – że metro w Singapurze bije na łeb każde inne na świecie, z trzeciej – że w dobrym roku w USA czy w Niemczech inwestycje zagraniczne są na poziomie, przy którym chińskie osiągnięcia wyglądają groteskowo. Nie chcemy tylko kruszyć mitów, chcemy pokazać perspektywę poznańską. Jeśli za duchowość podstawić siłę tożsamości lokalnej, to wyglądałoby jeszcze nieźle. Jesteśmy dumni i niezłomni. Ale pod względem tempa rozwoju cywilizacyjnego czy prostego ściągania inwestycji Poznań w porównaniu z niektórymi metropoliami azjatyckimi wypada jak dziecko we mgle. Na dodatek, owemu dziecku wmawia się, że jest najlepsze na świecie i nie ma się czasem rozglądać dookoła ani bawić ze skośnookimi kolegami. Ktoś coś słyszał o realnej współpracy naszego miasta z takim Shenzhen? O próbach wykorzystania dynamiki azjatyckiego biznesu chcącego znaleźć tylne drzwi do UE? O programach wymiany? Wspólnych akcjach? Owszem, ale tylko ze strony zapaleńców o szerokich horyzontach. Decydenci poznańskich urzędów wiedzą lepiej, z kim mamy się kumać. Berlin, Brandenburgia, Saksonia über alles. Ach! I jeszcze Bretania. W końcu, jesteśmy europejscy, a na wschód od Konina, Azja się zaczyna. Azja faktycznie się zaczyna. Zaczyna się liczyć. Zaczyna być ważna. Ważna także dla Poznania.